niedziela, 20 marca 2016

7. "You're the best!"

Selena
Obudziłam się obok Justina.
Wygląda tak słodko jak śpi.
Zasnął nawet w ubraniach przeze mnie... Nie potrzebnie coś takiego zrobiłam, ale tęsknie za nim. On i Jaxon są dla mnie najważniejsi.
Zauważyłam, że unosi kąciki ust.
- Hej, skarbie.- wymruczał jeszcze nie przytomny.
- Cześć.
- Mam propozycje.- usiadł od razu.
- Jaką?
- Dzisiaj, tylko ty i ja. Co ty na to?- przysunął się do mnie i złapał moją dłoń.- Dasz się zaprosić na randkę?
- Kuszące. A co z Jaxonem?
-Nie martw się.- wpił się w moje usta.
Oddawałam pocałunki, które stawały się coraz brutalniejsze.
Nie chciałam tego przerywać.
- Boże, wiesz jak mam na ciebie ochotę?- mówił pomiędzy pocałunkami.
- Ohh..- przerwałam pocałunek.- Która godzina?- Justin spojrzał na zegarek, który był naprzeciwko niego.
- 10.30.
- Cholera, przecież, ja muszę jechać do lekarza na 12.
Wstałam w łóżka i pobiegłam do garderoby.
- Na która jedziesz?- Justin stanął w drzwiach, gdy ja nalewałam wody do wanny.
- 12.40.
- Wróć później do domu i o 15 pojedziemy.
- A Jaxi?
- Gadałem z mamą.
- Znowu?
- No, a czemu nie?
- Może zostanie z moją mamą?
- Twoja mama dzisiaj będzie u Pattie.
- Aa. No dobra.
- A mogę jechać z tobą?
- No możesz.. - objął mnie od tyłu.
- Zawiozę Jaxona i wrócę po ciebie.
- Obudź go najpierw.- pocałował mój polik i wyszedł.

O 12.35 byliśmy pod gabinetem.
- Selena.- lekarz wyszedł ze swojego gabinetu.- Zapraszam.
Wstaliśmy i poszliśmy razem za lekarzem.
- Proszę.- wskazał łóżko, na którym wykonuje USG.
Posmarował mój brzuch żelem i je wykonał. Modliłam się, żeby wszystko było dobrze.
- Tak jak myślałem.- uśmiechnął się.- Wszystko dobrze.
- Dzięki Bogu.- poczułam ulgę.
Wiem, że jestem przewrażliwiona, ale ciążą z Jaxonem była zagrożona i teraz wolę uważać.
- Pojedziemy jeszcze do domu, bo chcę się przebrać?- spytałam już w aucie.
- Jeśli chcesz.- po chwili ciszy dodał.- Strasznie się cieszę.
- Z czego?
- Z tego, że drugi raz zostanę ojcem, że miedzy nami się układa, jesteśmy szczęśliwi i.. No właśnie.
- Ja też. Justin.. Ja chcę wrócić do pracy rok po urodzeniu.
- Już jesteś pewna?
- T-tak.
- Nie myślisz, że powinnaś zostać z dziećmi w domu?
- Nie. Nie będę znikała na całe dnie, tylko kilka godzin. Nie uczyłam się tyle, tylko po co, żeby mieć kancelarię, w której pracują ludzie, beze mnie.
- Pogadamy o tym za półtora roku.
- Justin, ja mówię poważnie.
- Ja też.
Westchnęłam.
- Wiesz, że demi jest w ciąży?- spytałam.
- Co?
- No jest.
- No to mam już kolegę, który będzie przeżywał to co ja w tym samym czasie. Humor i zachcianki..- zaśmiał się, a ja uderzyłam go w ramię.
- Głupi.
- Nie jestem głupi.
- Jesteś moim głupolem.
- Już lepiej.- udał dumnego.
- Nie wierzę.
- A ja wierzę.
Zaczęliśmy się śmiać.
Równo o 15 Justin zaczął mnie wołać, żebym zeszła na dół.
- Już, czekaj!- krzyczałam psikając się perfumami.
- Selena, no dalej.
- Idę, idę.- schodziłam na dół.
- Pięknie wyglądasz.
- Ty też niczego sobie.
- Nie ubieraj szpilek.
- No dobra?
Jechaliśmy już chyba 20 minut.
- Justin ile jeszcze?
- Nie narzekaj, skarbie.- położył rękę na moim udzie.
- Zatrzymaj się.
- Co się stało?- spojrzał szybko na mnie.
- Nie do-nie dobrze mi.
Szybko skręcił na jakaś polanę. Jak poparzona wybiegłam z auta i zwymiotowałam. Już nie mogłam wytrzymać. I to właśnie jeden z minusów ciąży.
- Już dobrze?- podał mi chusteczki, a chwilę później wodę.
- Raczej tak.- przytulił mnie.- Albo jednak nie.
Znowu zaczęłam wymiotować. I to jeszcze gorzej.
- Może wrócimy?- uklęknął obok mnie, gdy już przestałam zwracać.
- Nie, już dobrze.
- Na pewno?
- Tak, tylko podaj mi wodę.
Napiłam się i wsiadłam do auta. Po chwili ruszyliśmy dalej w wodę.
Justin otworzył mi drzwi i prowadził na jakieś wzgórze.
- Kurde, Justin no!- był kilka metrów przede mną.
Odwrócił się i wziął mnie na ręce.
Czułam jak się o mnie ociera.
- Nie teraz wiesz?- zwróciłam twarz w jego stronę, a on się zaśmiał.
- Ohh.. No, a czemu nie?
- Jak dziecko..
- Like baby baby baby ooo..- zaczął śpiewać.
- Hahaha..
- Wiesz, że cię kocham?- postawił mnie na ziemie.
- Jak tu pięknie!- rzuciłam mu się na szyję.
Odwrócił mnie w drugą stronę.
Był tam przepięknie zastawiony stół, świece, kwiaty, i tylko my.
- Jesteś najlepszy.
- A ty najlepsza! Kocham cię, mysio.
- Ja ciebie też kocham, kotek.
Odsunął mi jedno z krzeseł.
To kolacja była wspaniała. Tylko ja i Justin. Dawno nie spędzaliśmy czasu tylko we dwójkę.
- A pamiętasz jak wtedy wpadłaś do basenu na imprezie?- śmialiśmy się niebo głosy siedząc na plaży.
- A ty, jak się obudziłeś po moich urodzinach z Joe na trawie? Pół-nago?- pękałam ze śmiechu.
- To były twoje najlepsze urodziny!
- Nie powiedziałabym. Najlepsze były u Tay! Te tańce na stołach, basen, klauni!
- Ten klaun był przerażający.
- A później zabawy się skończyły..- westchnęłam.
- Ale ja w ogóle nie żałuje. Teraz mam rodzinę. Jaxona, ciebie i ciebie.- wskazał na mój brzuch.- Jesteście dla mnie wszystkim.
- Wy dla mnie też.
- Nie wyobrażam sobie, żeby teraz ciebie i Jaxona nie było przy mnie..
- To nie jest do wyobrażenia. Pomimo tych kłótni i wyjazdów i tak jesteś dla mnie wszystkim.
- Czym sobie zasłużyłem na kogoś tak idealnego, wspaniałego, mądrego, pięknego i inteligentnego jak ty?
- Wiesz, że cię kocham?- w odpowiedzi wpił się w moje usta.
- Wiem.- przerwał i powrócił do czynności.
Oddawałam jego pocałunki. Podniósł mnie i owinął ręce wokół mojej talii.
Coraz mocniej mnie ściskał.
Oplotłam moje nogi wokół jego bioder cały czas go całując.
- Nie tu..- przerwał.
- Chodźmy do domu.- przejechałam ustami po jego nosie.
- Mmm.. Kuszące.
Zeszłam z niego. Justin chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy do auta.
Zamykając drzwi domu od razu zaczęliśmy się całować.
Moje ręce wylądowały w jego włosach, a obydwie ręce Justina powędrowały na moje pośladki.
Uniósł mnie nad ziemie, co wykorzystałam by owinąć nogi wokół jego bioder.
Przerwał, by złapać powietrze.
- Boże dziewczyno, jak ty całujesz.. Kocham, kocham, kocham.
- A ty?
- Te usta są tylko moojee!- wpił się ponownie.
Od razu oddałam pocałunki.
Udaliśmy się na górę. Delikatnie położył mnie na łóżku.
Zdjęłam jego koszulkę, nie przerywając walki naszych języków.
Poczułam jak Jus rozpina mój stanik. Nawet nie wiedziałam kiedy straciłam koszulkę.
Nagle po całym pomieszczeniu rozbrzmiał dzwonek telefonu Justina.
- Cholera!
Wstał i odebrał telefon.
- Scooter?
Poszłam do łazienki i się przebrałam. Justin całe pół godziny rozmawiał ze Scooterem.
- Co się stało?
- Nic takiego..
- Emm?
- Nic się nie stało.
- To może pojedziemy na zakupy i po Jaxona?
- Po co na zakupy dzisiaj? Jutro pojedziemy.
- Okej.
Zeszliśmy na dół, ubraliśmy buty i pojechaliśmy do mamy Justina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz